RSS
piątek, 19 czerwca 2009
Symetria
Z braku lepszych pomysłów można nawet na chwilkę wrócić do niby-bloga...

Tak czy inaczej - dzisiaj dwie wiadomości, obie z piątku 19 czerwca. Każda z innej parafii, które mają wspólnego tylko jedno: forsę.
Po pierwsze: Air France wypłaci rodzinom ofiar katastrofy Airbusa odszkodowania w wysokości ok. 24 tys. dolarów. Cytuję za Reutersem:
"For now we are going to concentrate on the first advance that will be paid for each victim, approximately 17,500 euros ($24,420)," Air France (AIRF.PA) CEO Pierre-Henri Gourgeon said on RTL radio.

Ale nie tylko Air France rozstanie się z grubszą kasą. Jammie Thomas-Rasset, 32-letnia Amerykanka, zapłaci wytwórniom muzycznym blisko dwa miliony dolarów w ramach pokuty za ściągnięcie z netu 24 piosenek. Za "Chicago Tribune":
On Thursday, another jury in Duluth, Minn., again found the 32-year-old Brainerd, Minn., woman liable in U.S. District Court for infringing 24 copyrights controlled by the four major record labels. Only this time it awarded damages of $1.92 million or $80,000 per song --- nearly nine times the amount of the earlier verdict, and considerably more than the minimum amount set forth by copyright law of $750 per song.

Niecałe 20 tys. zielonych za śmierć w katastrofie lotniczej, ale 80 tys. za ściągnięcie jednej piosenki. W mordę, aż trudno do czegoś takiego dopisać dowcipną puentę.
19:31, maciej.bojko
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 09 czerwca 2008
Po co design
Polak przed szkodą i po szkodzie głupi...

Byłem ci ja na średnio ciekawej konferencji prasowej, z ponadprzeciętnie ciekawymi kawałkami. Wystąpił na niej m. in. Leif Huff z firmy IDEO (kto oni? o tym za chwilę). I ten opowiadał o designie jak mało kto przed nim. Normalnie, jak wyjdzie na mównicę taki Steve Jobs (or compatible), to z przekonaniem opowiada o tym, jak to właśnie udało im się stworzyć coś, czego konsument potrzebuje, co odmieni jego życie, ułatwi yadda yadda yadda i tak dalej.

A Leif, by zilustrować, jaki jest cel jego pracy, rzucił paroma przykładami udanych projektów. Slajd ze zdjęciem bardzo, bardzo dezajnerskich butelek z wodą. "Jakim cudem sprzedać butelkę wody za siedem euro? Odpowiedź: design!". Niby wszyscy wiemy, że koniec końców chodzi o to, że my (konsumenci) mamy kasę, a oni (producenci) bardzo jej chcą, ale żeby tak zaraz uczciwie, prosto z mostu, prawdę walić? To nie uchodzi...

I dlatego żałuję, że nie zabieram na konferencje kamery. Zawsze jakaś taka perełka się trafi...

A IDEO? To oni między innymi zaprojektowali myszkę do pierwszego Macintosha. Oni stworzyli (od strony designerskiej) Palma V, arcydzieło wśród palmtopów. Słowem, znają fach.
00:59, maciej.bojko
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 16 marca 2008
Bez serc...
W następnym wydaniu podręczników do języka polskiego "Oda do młodości" przyjmie następujące brzmienie:

"Bez serc, bez ducha - to szkieletów ludy.
Młodości! Dodaj mi fragment usunięty na mocy
Pozasądowej ugody pomiędzy Red Bullem
A Ministerstwem Kultury i Dziedzictwa Narodowego,
Niech nad martwym wzlecę światem
W rajską dziedzinę ułudy!
Kędy zapał tworzy cudy,
Nowości potrząsa kwiatem
I obleka w nadziei złote rym do "skrzydła"
Również na mocy tejże ugody
Musiał zostać usunięty.
..."

Albowiem, jak się okazuje, fraza "Dodać skrzydeł" jest wynalazkiem i zastrzeżonym znakiem towarowym Red Bulla. Good for you, Red Bull!
16:18, maciej.bojko
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 grudnia 2007
Katowanie zdechłego konia
Był sobie raz jeden wybitny film: "Blade Runner" (1982). Myślałby kto, że nakręcenie takiego filmu raz powinno wystarczyć każdemu szanującemu się reżyserowi. Ale Ridley Scott szanował się dużo bardziej, i sprzedał "Blade Runnera" jeszcze raz, tym razem jako director's cut (1992). W porządku, jeszcze da się przełknąć. Wszystko byłoby w zasadzie w normie, gdyby nie to, że właśnie na dniach wychodzi... tadaam! "Blade Runner: Final Cut". Deczko przemontowany, zremasterowany, tam poprawione synchro paszczy z dialogiem... Ale w sumie ten sam film.
"Final cut", my ass. Poprzedni też miał być "final".
Nekrofilia Scotta dziwi o tyle, że w odróżnieniu od Lucasa nie stracił jeszcze zupełnie pary i jest w stanie nakręcić kawałek przyzwoitego filmu, jak "Gladiator" (zaraz sprawdzę, czy "American Gangster" też się łapie). To czemu znęca się nad truchłem filmu sprzed ćwierci wieku?

01:15, maciej.bojko
Link Dodaj komentarz »
środa, 21 listopada 2007
Pieprzona niebieska dioda
Zdecydowałem się wymienić najstarszy element swojego zestawu komputerowego, znaczy głośniki. Kupiona sto lat temu za sześć dych para głośniczków Teaca grała po prostu żałośnie. Z nowych jestem bardzo zadowolony, powiedziałbym, że są dokładnie tym, czego chciałem...
...Gdyby nie ta pieprzona, w dziąsło kopana niebieska dioda! Co to za idiotyczna moda, żeby do wszystkiego pakować to cholerne świecidełko? W każdej obudowie, na każdym wentylatorze, a teraz też na głośniku. Czy ktoś tym kretynom powiedział, że to gówno jest estetyczne? W dodatku barbarzyńsko jasna. Praca z tym cholerstwem na biurku, z tym miniaturowym słońcem na peryferiach polu widzenia, jest niemożliwa.
Wziąłem rolkę plastra, zakleiłem to cholerstwo. Dwie warstwy, i dodatkowo czarny flamaster na wierzch. Dużo lepiej, nawet jeśli wygląda mocno obciachowo.
Tylko dlaczego zmuszają mnie do czegoś takiego?



Thank you, Creative, thank you very much.
19:39, maciej.bojko
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 października 2007
Plastikowy woreczek
Tym razem bez komputerów.

Lotnisko w
Düsseldorfie. Czteroosobową grupą (Polaków trzech i Słowak) dreptamy grzecznie w kolejce do security. Jeden z naszych próbował przemycić na pokład kosmetyczkę, pełną tubek i buteleczek, a w nich żele i płyny, słowem, składniki bomby wybuchowej. Sztuk pięć.
Ochrona ślepa nie jest, zaraz kazali mu otworzyć walizkę, wydłubać, pokazać. Pasta do zębów od razu powędrowała do kubła, ponieważ tubka miała nominalną pojemność 125 ml (a może mieć do 100). Co prawda zużyta niemal w całości, ale przepis jest przepis. Kolega się specjalnie nie awanturował, boć i przedmiot sporu nie był aż tak cenny.
Zostały cztery Murzyniątka... pardon, cztery tubki. Same niby wymiarowe, ale nie umieszczone w przezroczystym plastikowym woreczku.
Strażnik z wannabe terrorystą wdali się w dysputę, co cholera za różnica, woreczek czy nie ("we have regulations", jakbyście nie znali odpowiedzi na to pytanie). Gadają ci we dwóch i nie zmierzają w stronę żadnej produktywnej konkluzji, rozmowie zaczynam się przysłuchiwać z bliska ja, obok staje Słowak. "Wy razem podróżujecie?" - zainteresował się securiciarz. "A ma pan jakieś płyny?" - zwrócił się do kolegi z drugiej strony Karpat. Wydał w końcu salomonowy wyrok: bez woreczka trzy tubki wolno przenieść, a czwartą wyrzucić. Dalsza dyskusja. Wówczas do naszej małej międzynarodowej konferencji, dotyczącej jurysprudencji, lotnictwa i terroryzmu, dołączył w końcu i czwarty uczestnik wycieczki. "A to was jest czterech!" - zaobserwował funkcjonariusz. Błyskawicznie rozdał każdemu z nas po jednej z inkryminowanych tubek i pozwolił w końcu przejść. Żele i płyny zaraz oczywiście wróciły do walizki, z której zostały wydłubane.
Czy ktoś jest w stanie mi wytłumaczyć, na jakiej zasadzie dzięki temu w samolotach jest bezpieczniej?

22:16, maciej.bojko
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 sierpnia 2007
Uczta się, chłopy
Tym razem tylko dwa cytaty bez zbyt wielu komentarzy.

Pierwszy, opisujący - zdałoby się - fikcję. Pochodzi z "Dobrego Omenu" Pratchetta i Gaimana. Książka, nawiasem, naprawdę dobra, polecam, a zwłaszcza w oryginale. Kontekst potrzebny dla zrozumienia cytatu: Crowley jest diabłem, zesłanym na Ziemię, by robił diabelską robotę, który całkiem nieźle się tu urządził.

"Na Crowleyu gwarancje dawane przez przemysł komputerowy zrobiły ogromne wrażenie i faktem jest, że wysłał cały plik na Dół, do departamentu zajmującego się sporządzaniem cyro­grafów na dusze nieśmiertelne, z urzędową lakoniczną notatką “Uczta się, chłopy"."

Tyle fikcja. A teraz, dla porównania, wycinek z tzw. umowy licencyjnej, dołączonej do gry "Sherlock Holmes - Przebudzenie".

"ODSZKODOWANIE. Niniejszym przyjmujesz
do wiadomości, że firma City Interactive
dozna niepowetowanej szkody, jeśli nie
zostaną dotrzymane warunki niniejszej
Umowy Licencyjnej. Dlatego zgadzasz się,
aby firma ta miała prawo, bez obligacji,
lub dowodów szkody, do odpowiedniego
odszkodowania w przypadku złamania tej
Umowy Licencyjnej.
REKOMPENSATA. Licencjobiorca zgadza się
zapewnić rekompensatę, bronić, oraz
zaświadczać niewinność firmy City
Interactive, jej partnerów, zleceniobiorców,
przedstawicieli, kierowników, pracowników
oraz agentów, w przypadku spowodowania
przez ciebie jakichkolwiek szkód w trakcie
korzystania z Programu."

No comment.
18:19, maciej.bojko
Link Komentarze (1) »
środa, 04 lipca 2007
O maszynie cyfrowej, co z Maćkiem walczyła
Nie miała baba kłopotu, kupiła se komputer... A dokładniej: nie baba, tylko ja. Mając już dość swojego starego rzęcha, postanowiłem złożyć sobie nowego peceta. Złożyć, bo jestem ambitny, mam swoją godność, jestem facetem i tak dalej. (Inne powody też były, nawet racjonalne, ale mniejsza o to.)

Przygoda pierwsza: kupowanie. Komponenty zamówiłem w dwóch różnych sklepach, kierując się oczywiście ceną. Jeden przysłał to, za co zapłaciłem, wtedy, kiedy się spodziewałem, czyli nie ma pisać o czym. Drugi natomiast...

O, to była zabawa! Za całość zapłaciłem oczywiście przelewem z góry. Kurier przywiózł dwie paczki. Jedna zawierała zawartość mojego zamówienia, minus jedna z dwóch nagrywarek DVD oraz karta dźwiękowa. W drugiej był akumulator do UPS-a i faktura wystawiona na jakieś liceum w Słupsku (mieszkam w Raszynie). Pierwsza reklamacja: bardzo im przykro, ale nagrywarek chwilowo na stanie zabrakło. Zwrócą pieniądze. Przedziwna praktyka: najpierw każą sobie płacić za pełne zamówienie, po czym dopiero zwracają za to, czego nie dostarczyli. Co do akumulatora i karty dźwiękowej - przyślą kuriera.

Przysłali kuriera. Ten nic nie wiedział poza tym, że ma odebrać paczkę. To było nas dwóch, którzy nie wiedzieli, dokąd ma być przewieziona: do centrali firmy czy do ogólniaka w Słupsku. Musiał przyjechać ponownie. Za trzecim razem, gdy przywiózł moją kartę dźwiękową, zażądał za to około czterdziestu złotych (tak, za wysłanie sprzętu też zapłaciłem z góry). Uiściłem dla świętego spokoju. Kolejna reklamacja. Sklep kazał sobie przysłać mailem bądź faksem skan faktury. Sęk w tym, że nie mam jej czym zeskanować, w związku z czym w końcu stwierdziłem: srał to pies. Czterdzieści złotych to i tak mała cena za to, że już nigdy w życiu nie muszę się zadawać ze sklepem emarket.pl.

Wróćmy do komputera. Po dwóch godzinach od złożenia całego pieca udało mi się go nawet uruchomić: instrukcja Asusa nie kładzie zbyt dużej wagi na mało oczywisty fakt, że do płyty głównej trzeba podłączyć dwie wtyczki zasilania, dużą i małą. A już zupełnie pomija fakt, że płyta jest out of the box niesprawna: trzeba wyłączyć wyświetlanie pełnoekranowego logo, inaczej nie wystartuje (prawda, że każdy by się domyślił?). Do tego doszedłem dopiero następnego dnia.

Windows Vista to system znakomity. Jest przy tym bardzo pewny siebie. "Stary, masz zainstalowany świetny sterownik do grafiki, 'standardowa karta VGA', po co ci inny?". Godzinę mi zajęło przekonanie go siłą, że jednak mam coś ciutkę lepszego, niż "standardowa karta VGA". Za to dźwięku w grach nie udało mi się uzyskać w żaden sposób (dźwięki systemowe są, dźwięki z filmów też). Wypieprzyłem supernowoczesną Vistę i wróciłem do starych, poczciwych XP...

A i tak uważam, że pecet jest o niebo przyjaźniejszy w obsłudze od maka. Ale o tym inną razą.
22:31, maciej.bojko
Link Dodaj komentarz »
sobota, 17 marca 2007
Złodzieje samochodów
"Ludzie nie zdają sobie sprawy, że kupowanie pirackich płyt, to taka sama kradzież jak samochodu czy portfela."- mówi w rozmowie z PCWK Online Piotr Zelt, znany polski aktor teatralny i filmowy.

Taki oto nagłówek przywitał mnie na stronie tegoż PCWK, gdy bez celu szwendałem się po Internecie. Przebóg, cóż za wyświechtane, a przy tym bałamutne porównanie! W każdej dyskusji o piractwie ta analogia prędzej czy później (raczej prędzej) pojawić się musi. "Ściągasz piraty z Internetu? I samochody pewnie też kradniesz?" - sto, tysiąc, może więcej razy takim ostatecznym argumentem dyskutanci sygnalizowali, że argumentami prawdziwymi zwyczajnie nie dysponują.

Załóżmy, że rzeczywiście to dokładnie to samo. Że skopiowanie filmu, piosenki czy programu komputerowego absolutnie niczym się nie różni od kradzieży portfela. I spróbujmy teraz wyobrazić sobie taką sytuację: ktoś głośno mówi "jak już macie kraść samochody, to ukradnijcie mój samochód, jak musicie kogoś okraść z pieniędzy, okradnijcie mnie". Fakt, jest to możliwe, w kilku wypadkach. Albo A: gość jest po prostu stuknięty, albo B: traktuje treści z Kazania na Górze wyjątkowo poważnie. Ewentualnie C - kalkuluje, że forsa z ubezpieczenia pokryje mu straty.

Tymczasem ani A, ani B, ani C. Człowiek, który domaga się, by to jego właśnie "okradano", chce na tym po prostu zarobić, w "kradzieży" upatrując darmową akcję marketingową. Tym "okradanym" jest Jeff Raikes, szef Microsoft Business Division. Słowem, facet, który pilnuje, by na konta software'owego giganta forsa płynęła miłym, szerokim strumieniem. "Chodzi nam przede wszystkim o to, by ludzie używali naszych produktów. Jeżeli już używają pirackiego oprogramowania, chcemy, by było to nasze oprogramowanie" - powiedział na Morgan Stanley Technology Conference. W podobnym duchu parę lat temu mówił Bill o rynku (dziś głównie pirackim) oprogramowania w Chinach: jak piracą, to niech piracą nasze. Lepsze to, niż mieliby piracić oprogramowanie konkurencji. Kiedyś się wzbogacą i dojrzeją do tego, żeby za soft płacić. Niech wtedy płacą za Windows i Office'a, a nie za jakieś Corele i inne MacOSy.

Jakoś nigdy prezes Forda czy innego Volkswagena nie powiedział: jak kradną, to niech kradną nasze bryki. Czy w takim razie to rzeczywiście to samo?

13:56, maciej.bojko
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2007
Bushido w akcji
Już za chwileczkę, już za momencik, Playstation 3 zadebiutuje na europejskim rynku. Wreszcie będziemy mogli położyć łapy na tej samej konsoli, którą od kwartału bawią się Japończycy i Amerykanie. E... error... wróć. Nie, konsola wcale nie jest ta sama.
EuroPlaystation będzie istotnie różnić się od PS3 produkowanej na inne rynki. Dostaniemy wersję wykastrowaną - bez sprzętowego Emotion Engine, zapewniającego (jako tako), że na peestrójce pogramy też w gry z poprzedniej Playstation. Tak, te gry, dzięki którym PS2 stała się najlepiej się sprzedającą konsolą w historii. Na amerykańskich i japońskich PS3 większość z nich raczej chodzi (chociaż i to z problemami). Na europejskiej docelowo ma działać co piąta.
Chodzi o cięcie kosztów: bez Emotion Engine produkcja niewątpliwie będzie tańsza. Co jest o tyle wredne, że Europejczyk i tak musi za nową konsolę zapłacić najwięcej. USA mają dwie wersje: normalną (i w zupełności wystarczającą) za 500 dolarów i wypasioną za 600. My możemy sobie kupić tylko tę drugą, oczywiście nie za 600 dolarów, a za mniej więcej 600 euro. Tańsza wersja może i zostanie wprowadzona na rynek "w zależności od popytu". Oczywiście: dlaczego niby mieliby być chętni, by zapłacić mniej?
A mimo to Sony tnie koszty produkcji właśnie eurowersji, dostarczając nam towar wybrakowany, byle tylko inni - płacący mniej - mogli kupić pełnowartościowy.
Skąd bushido w tytule? Otóż wedle tego kodeksu, który kieruje życiem samuraja, najbezpieczniejszym sposobem stoczenia bitwy jest, zamiast ryzykować taki czy inny wynik, przezornie popełnić samobójstwo. Niby wygranie bitwy też jest honorowe, ewentualnie śmierć w boju, aleć to przecież zawsze loteria. A co, jeśli przypadkiem przeżyjemy bitwę, której nie wygraliśmy? Hańba! A seppuku jest stuprocentowo bezpieczne. I ten właśnie chytry manewr wybrali przezorni Japończycy.
Kupować PS3? A w życiu. Poczekajmy przynajmniej roczek.
22:27, maciej.bojko
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2